Ciągnęło mnie do Romów, jak wilka do lasu,
do ognia, co drży głośno na skraju hałasu.
Gdzie dusza rwała cugle, wolna oraz dzika,
a z wiatrem ponad polem niosła się muzyka.
Tam myśli, które w chmurach chowałam na co dzień,
wplatały się w ten taniec i spódnic pogodę.
A w domach, które pachną herbatą oraz rumem,
nikt nie mierzył człowieka korporacji tłumem.
Aż kiedyś w Czechach, pośród tej barwnej wrzawy,
mój szef mnie nagle dojrzał. Człowiek z innej sprawy.
W jego zimnych źrenicach, pełnych konsternacji,
byłam błędem w systemie wielkiej korporacji.
Nie wiedział, że choć w biurze maskę grzecznej noszę,
i o nic tego świata z pokorą nie proszę,
mam w sobie dziki stempel i spódnicy taniec,
tę wolność, co stanowi mój ostatni szaniec.
Bo prawda tego życia, naga oraz prosta:
kto poznał smak gościńca, bez trudu jej sprosta.
Nigdy mnie nie oszukał żaden Rom wędrowny,
co innego pan z biura, sztuczny i wymowny.
22.05.2021
Gloria O
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz